Zakładki:
Http://julkanabalkonie.blox.pl/html
|
wtorek, 17 kwietnia 2012
Niedaleko pada jabłko...itd.
Siedzę sobie na fotelu pod ciepłym kocem i w balkonowych drzwiach dokładnie na przeciwko widzę na wyciągnięcie ręki - kościół. Ładną ma bryłę więc trochę wygląda jak darmowy obrazek z sielsko-świętym widoczkiem. Rzadko tam bywam a można by rzec, że nawet bardzo rzadko. Od czasu kiedy proboszcz chrzcząc naszego syna ewidentnie całą mszę poświęcił tematowi bezbożnych, wolnych związków, które to stanowią podstawę dzisiejszej moralnej degrendolady, żyją bez ślubu a potem bezczelnie przychodzą chrzcić dzieci- odechciało mi się zaglądać do tego przybytku. Nie chcę emanować wrogością w poszanowaniu cudzych przekonań, nie chcę żeby Młody wyrastał w nienawiści do księży, kościołów czy nawet a może przede wszytskim wiary. Sam kiedyś postanowi w którą pójść stronę...
Są jednak takie momenty kiedy czuję, że taka wycieczka do tego "budynku z obrazka" jest dla mnie jakby częścią tradycji, powrotu do dzieciństwa czy czegoś w tym stylu. Pewnie zachowuję się jak większość tzw. katolików wierzących a niepraktykujących czyli bywam tam plus minus dwa razy w roku: na pasterce (lubię bez uciszania Kombajna bezkarnie "wydzierać mordę" usiłując śpiewać kolędy) i na Wielkanoc ze święconką (lubię po prostu ten zabawny zwyczaj). Jak byłam mała w czasach PRL-U czasami wracając z kościoła, zanim doszłam do domu, pochłaniałam całą świąteczną kiełbasę i szynkę, które wtedy każde z nas -dzieci lat 80.-widziało z rzadka.
W tym roku postanowiłam zabrać ze sobą Młodego. Zrobiliśmy razem pisanki, przygotowaliśmy święconkę, którą Pimporak szybko ochrzcił "wiaderkiem ze smakołykami" i ruszyliśmy...
Młody wchodząc do kościoła widząc wszystkich zgromadzonych z koszyczkami, wykrzyknął z entuzjazmem:
-Mamo!Patrz! Wszyscy przyszli na piknik!
Troszkę się zmieszałam, bo chyba tylko mnie to rozbawiło. Później ruszyła lawina. Na mównicę wkroczył ksiądz.
- Ja się boję tego ksiądza!- głośno stwierdził Młody
Próbowałam go uciszyć, ale niestety moje dziecko ma wyjątkowo donośny głos i nawet jego szept słychać było niestety bez zarzutu.
-Dlaczego ten ksiądz tak głośno mówi?
-Ma mikrofon i dlatego-tłumaczę. Młody na chwilę ucichł i nagle jego oczy rozbłysły z radością. Spojrzałam w tę samą stronę a zza kolumny wyszedł długowłosy wątpliwej urody ministrant w białej albie.
-Mamo!Patrz!Patrz!I klólowa też przyszła!
Poczułam setki oczu patrzących w naszą stronę...To są te momenty kiedy wolałabym, żeby tylko gaworzył jak kiedyś...
Kościelna wizyta lekko się przedłużała, Młody był już mocno znudzony i co chwilę pytał:
- A kiedy się wleszcie skończą te zajęcia?No kiedy?
Cóż..trudno się dziwić... Ja będąc dzieckiem, kiedy to babcia wzięła mnie ze sobą pierwszy raz do kościoła, zbulwersowana, że tego nie robią rodzice usłyszała na mszy ode mnie:
-Babciu kiedy się ten film skończy?
A że to był czas Bożego Narodzenia mocno też siłowałam się z małym Jezuskiem w żłóbku, próbując koniecznie przewrócić go na drugi boczek, no bo przecież mu niewygodnie...
Z tym jabłkiem i jabłonią to chyba faktycznie jest jakiś związek...
piątek, 30 marca 2012
Poczyta sobie mama
Ostatnio bezskutecznie poszukiwałam swoich starych książeczek z lat dzieciństwa z serii "Poczytaj mi mamo". Pamiętam niektóre tak jakby to było wczoraj. Po prostu kultowe. Chciałam je zabrać dla Pimporaka od moich rodziców i okazało się, że dupa, nie ma, przepadły. I wydało się. Winowajczyni- moja mama kilkanaście lat temu wydała je znajomym, którzy wówczas mieli dzieci w wieku mniej więcej obecnego Pimporaka. Ale mi było przykro! Nie uratowała sytuacji nawet mama Kombajna, wręczając nam kilka zachowanych sztuk z tej serii. Też były kultowe-ale dla Kombajna. Tych akurat nie znałam. A on z rozrzewnieniem wertował pożółkłe kartki z charakterystycznym krzywym napisem...
Kombajn i takie emocje? No cóż...cuda się jednak zdarzają;)
Dziś zaglądając na stronę Empiku odkryłam, że ktoś wpadł na zajebisty pomysł! Reedycji tych the best of the best. Co prawda wybrano najlepsze z serii,ale wszystkie wsadzili do jednego wora a właściwie tomu, co traci nieco swój urok... Ale co tam! Ważne, że "Poczytaj mi mamo" zmartwychwstało! Oczywiście wiadomo co zając przyniesie Młodemu za tydzień...No właśnie czy aby na pewno jemu? Tanie nie było, ale warto. Poczytaj mi mamo czy Poczyta sobie mama - w sumie co za różnica?
Na szczęście Młody przejawia zainteresowanie głównie bajkami, które pamietają jego rodzice więc trochę jest tak jakby czas się zatrzymał...Jedne z ulubionych to wierszyki Brzechwy i Tuwima.
Pyta mnie ostatnio:
-Ile jest dwa i dwa?
-No ile?- rewanżuję się pytaniem
-Cztely!-wkrzykuje Młody
Przytakuję.
-A Zosia Samosia powiedziała, że osiem! Ona się po-my-li-ła!- stwierdza z satysfakcją Pimporak
-No tak, zdecydowanie - potwierdzam "za klasykiem" oczywistą oczywistość.
-Ona powinna być Zosia Mylosia, plawda?To taki lym!-zagaja mój synalek
Ha!No ma chłopak rację!Nawet klasyka można udoskonalić.
Jutro mam urlop (a właściwie -już w końcu po północy-to dzisiaj). Odsypiam hardcorowe w pracy dwa tygodnie i brak ostatnich weekendów. W przedszkolu Młodego w ramach akcji "Polska czyta dzieciom", rodzice codziennie mogą ok. 11 przyjść poczytać całej grupie bajki. Nawet mi to przemknęło przez myśl, ale jednak...szybko mi przeszło:)
No bo o jedenastej???Przegięcie. O tej porze mam zamiar przewracać się na drugi bok. Dobranoc.
środa, 29 lutego 2012
Amator dachów i katastrof
Sposobów na ukaranie jest pewnie tak wiele jak dzieci. Przyznaję, że po mału kończą mi się pomysły jak sobie radzić z coraz bardziej niegrzecznym Pimporakiem. Niestety problem nie tylko dotyczy nas-rodziców, ale też pań przedszkolanek. Opracowały niedawno system, który niczym w korporacji miał motywować pracownika (czyt. przedszkolaka) do odpowiedniej postawy. Na przedszkolnej ścianie powstał piękny kolorowy domek z pięknym, czerwonym dachem. Jak powszechnie wiadomo każde dziecko w przedszkolu ma swój znaczek, w przypadku Pimporaka jest to piesek. Panie zrobiły obrazki przypisane każdemu dziecku i podpisały je odpowiednim imieniem. Grzeczne dzieci po całym dniu w przedszkolu są umieszczane w środku domku, natomiast te, które ewidentnie naruszają przedszkolne zasady lądują na dachu. Niestety nasz synalek najwyraźniej nie lubi zamkniętych pomieszczeń, ponieważ najczęściej jego piesek umieszczony jest koło komina. Jest mi -nie ukrywam -coraz bardziej głupio kiedy niemal codziennie widzę go na dachu. Oczywiście Młody ma na to swoje teorie:
-Pani Kalolina zapomniała mnie zdjąć z dachu i dlatego tam jestem!
albo kiedy po kolejnym dachowym incydencie w domu dostaje zakaz oglądania bajek na ulubionym JIM JAMIE wpada w histerię przez łzy i zasmarkanym głoskiem mówi:
- Ja chcę baję!Ja byłem w psedskolu niegzecny, ale tylko niechcący a nie specjalnie dlatego nie moge mieć kaly!
Kiedy zaczyna w domu również zachowywać się źle stawiamy go do kąta, gdzie musi się uspokoić,policzyć, przeprosić i powiedzieć za co. Dziś kiedy po raz kolejny rzucił babci kosmetyczką rozsypawszy przy okazji wszystkie kosmetyki i miał z tego niezły ubaw zarządziłam:
-Do kąta!
Młody posłusznie poszedł i stoi
-Do ilu mam policzyć?-pyta
- Do dwudziestu!
-Nieee. Dwadzieścia to jest za bicie a za rzucanie jest dziesięć- stwierdził mały spryciarz
Jest tylko jeden sposób żeby go natychmiast uspokoić i sprawić żeby usiadł bez ruchu i słuchał...
Są to opowieści o...katastrofach, obojętnie jakich, widzianych ostatnio lub dawno, mniejszych czy większych-nie ma to znaczenia. Ważne jest hasło:katastrofa
-Mamooo, jakie widziałaś katastlofy?-to pytanie pada niemal codziennie
-Dziś żadnych synku
-A kiedyś?Jakie widziałaś?
Zna te nasze opowieści już na pamięć i kiedy nie daj boże pomylę marki samochodów i rodzaj strat jakie auta poniosły w danej kolizji natychmiat jest sprostowanie:
-Nie to nie była KIA tylko Skoda..Nie ona nie zgubiła kołpaka tylko miała wgnieciony zderzak!
Potrafi przez godzinę zamęczać każdego członka rodziny po kolei zadając to samo pytanie:
-A ty jakie widziałaś/widziałeś katastlofy?
Dziś w końcu go pytam:
-A ty jakie widziałes katastrofy?
-No ja zderzyłem się z melcedesem jak jechałem swoim samochodem
-A jakim samochodem jechałeś?
-No cadillakiem-bez zastanowienia stwierdził Młody
- I się zderzyliśmy i cadillak miał zbity leflektol
-Acha....a to Ty byłeś kierowcą?
-No tak, jasne, że tak-odpowiada Młody
-A na jakiej ulicy to się stało?
-No na święty malcin-zabił mnie tą odpowiedzią bo nie wiem czy kiedykolwiek był na tej ulicy
-A przyjechała policja?
-No tak przyjechała i pan policjant dał mi mandat
-uuuu to kiepsko a dużo pieniędzy wydałeś?-pytam ciekawa jak sobie poradzi z abstrakcyjnym dla niego pojęciem wartości złotówki
-No dużo, dużo...-odpowiada Młody ze smutkiem w głosie
-Dużo czyli ile?-drążę temat
-No dużo...Dwa złote!-wypalił Pimporak
Jest jakaś pociecha. Zajrzałam do portfela-kilka dwuzłotówek się znalazło. I nagle w oczach mojego syna stałam się bogaczką. Stać mnie na przynajmniej kilka mandatów.
wtorek, 31 stycznia 2012
Blat Jaś
Tak sie złożyło, że jakiś czas walczyłam z zapaleniem spojówek. Pierwszy raz w życiu dopadło mnie to mega upierdliwe schorzenie. Zaczęło się niewinnym swędzenim oka w -a jakże by inaczej- Sylwestra. Rano, w Nowy Rok obudziłam się jak ten Jurand ze Spychowa ślepa na jedno oko. Wylądowałam w szpitalu na ostrym dyżurze po zachęcającym komentarzu Pani na linii pogotowia kiedy zapytaliśmy czy czasem nie ma natłoku po sylwestrowej nocy:
-Jeszcze za wcześnie, wszyscy śpią, jak się tak koło południa zorientują, że mają pourywane paluchy to się tu zagęści... A teraz spokój, cisza, mogą państwo przyjechać...
No więc przyjechaliśmy i tak właśnie dowiedziałam się, że chwilowa ślepota to wirusowe zapalenie spojówek. Najgorsze w tym wszystkim było to, że przez dwa tygodnie chodziłam bez make-upu i w wyszperanych, starych okularach (miały uchronić przed zarażeniem ludzi z bliskiego otoczenia). Czułam się naprawdę wyjątkowo niekomfortowo, nieatrakcyjnie i ogólnie ble.
Pimporak z wielką uwagą śledził moje poczynania z kropelkami, które co chwilę sobie wlewałam do oka i co jakiś czas pytał czy aby nadal nie możemy się do siebie przytulać. Tłumaczyłam mu, że niestety mam w oku bakterie, które bardzo złośliwie mogą przejść do jego oczka i dlatego musimy ograniczyć tulenie. Kiedy wreszcie uporałam się z zapaleniem spojówek, już umalowana w poczuciu, że juz bardziej przypominam człowieka, odprowadzam swoje dziecko do przedszkolai słyszę:
-Mamciu swędzi mnie oczko!To baktelie!-wykrzykuje nagle synalek
-Pokaż- oglądam pimporakowe oko z przestrachem, w obawie przed powrotem gównianego wirusa, jednak z radością odkrywam rzęsę, która zagnieździła się pod dolną powieką
-To żadne bakterie, to rzęsa wpadła Tobie do oczka-tłumaczę załzawionemu Pimporakowi
-Nie, to baktelie!-upiera się Młody
-Synku, za chwilę już nie będzie Ciebie bolało, bo wyjęłam już rzęsę, która przeszkadzała w oczku...
-Nie to, to baktelie, one psesedły z oczka mojego blata!
-Przeszły a nie przeszedły-poprawiam i coś mi świta
--Zaraz, zaraz, przecież ty nie masz brata-mówię
-Miałem baldzo, baldzo, baldzo dawno temu...-z całą stanowczością twierdzi Pimporak
-Tak? A jak ten Twój brat miał na imię?-pytam chytrze, przekonana, że to go zbije z tropu
-No Jasiu!
-Synku, nie miałeś nigdy brata, ani Jasia ani żadnego innego...-tłumaczę bolejąc nad losem jedynaka
-Miałem dawno temu, baldzo go kochałem...ale on juz poszedł do innego świata...
Trochę oniemiałam po tym wystąpieniu, bo nie wiedziałam, że trzylatki mają taką bujną wyobraźnię. Tylko jakoś tak wieczorem zapytałam na wszelki wypadek Kombajna:
-Kochanie, czy Ty nie chciałbyś mi może o czymś powiedzieć????
piątek, 13 stycznia 2012
Koszmar powrócił
Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej największym koszmarem z lat mojego dzieciństwa były wszelkie baliki przedszkolno -szkolne. W czasach komuny skombinowanie na szybko stroju dla dziecka, które byłoby nie tylko chociaż w miarę oryginalne, ale też i w miarę estetyczne graniczyłoz cudem niemal takim jak zdobycie wafelków Prince Polo. Nie było marketów, wypożyczalni dziecięcych przebrań a przede wszystkim Allegro;). Pozostawało liczyć na własną inwencję twórczą albo wierzyć, że jakiś sąsiad albo kuzynka coś tam litościwie pożyczy. Moja mama nigdy nie przejawiała zdolności manualnych- jej jedyny repertuar w tym zakresie to od zawsze rysowany i doprowadzony do perfekcji kaczorek. Rysuje go do dziś kiedy tylko nadarzy się okazja, czyli jak tylko Pimporak jest z nią sam na sam i nikt inny nie może plastycznie poratować sytuacji.
Mój tata- wręcz przeciwnie skrywa niespełniony talent plastyczny więc zawsze ochoczo rysował, sklejał i kombinował. Z wywiadówek, na które czasem chadzał nie pamiętał nic, ale przynosił gęsto zapełniony zeszycik różnymi wspaniałymi rycerzami, rumakami, samolotami itp. Na moje pytania co też ciekawego mówiła "moja pani" nie potrafił specjalnie odpowiedzieć, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Tak było w szkole podstawowej, gdzie świadectwo z czerwonym paskiem to był jakiś constans w życiu a wywiadówki okazją do pochwał. W szkole średniej podziwiałam już te jego rumaki i nie wypytywałam absolutnie o nic, za każdym razem mając nadzieję, że i tym razem wena mojego taty nie opuści.
Swoje zdolności mój tata wykorzytywał też przy okazji balików. Pamiętam strój wróżki czyli czarną płachtę ozdobioną gwiazdkami z folii aluminiowej a do tego różdżkę zrobioną z kuchennej kopystki... Pamiętam też strój świnki Piggy. Miałam na sobie cudem gdzieś zdobytą maskę a do niej doczepione włosy ze specjalnej gąbki służącej do....ocieplania okien. To co więc było koszmarem dla mojej mamy dla mojego taty stało się raczej polem do popisu.
Nadszedł ten moment, że i Pimporak doczekał się swojego przedszkolnego balu. Okazało sie, że sporo wypożyczalni karnawałowych strojów dziecięcych jest w Poznaniu więc myślałam, że taki balik w dzisiejszych czasach to bułka z masłem. Niestety dość szybko z błędu wyprowadził mnie Pimporak, który oznajamił po prostu:
-Ja chcę być autkiem!
-Kochanie a może pieskiem?-już go widziałam w futerku z jednej z namierzonych wypożyczalni
-No nie!Mówię ci psecież, że chcę być sa-mo-cho-dem!
-A może kotkiem, kowbojem albo piratem?-próbuję dalej już kombinując jak łatwo zrealizować te wizje
-Nie!Autkiem!- Młody niestety nie pozostawiał mi złudzeń.
Mogłabym oczywiście to zlekceważyć co jak sądzę skończyłoby się buntem, mogłabym postarać się wyperswadować synowi ten pomysł, co na pewno by nie wyszło albo...spróbować cudu.
Moje poszukiwania stroju autka spełzły na niczym. Żadne wypożyczalnie, markety ani nawet Allegro (dzięki Julka;) nie oferowały stroju prawdziwego autka. I tak z rozmontowanej znienawidzonej ciężarówki (do kółek), znalezionego kiedyś gdzieś srebrnego znaku Volkswagena, dwóch autek tzw.antystresów zrobionych z gąbki, starych rajstop Młodego, kolorowych samoprzylepnych papierów, tektury i folii wyciętej z pokrowca na pościel zrobiłam przy wsparciu (małym) Kombajna i (większym)mojej siostry strój, który spotkał się z uznaniem mojego syna. Zaprowadziłam dumne dziecko do przedszkola a tam... wszystkie dzieci wystrojone w gotowe łaszki rodem z supermarketów i wypożyczalni. Mój syn wyglądał na ich tle...hmmm trochę jak odmieniec, ale jego zachwyt był...bezcenny:)
Powiem tyle, że po jednym dniu tablice rejestracyjne sie odkleiły, światła z lekka pogniotły a znaczek Volkswagena z lekka odpadł, ale...o przebraniu Pimporaka jeszcze dwa dni później mówiły przedszkolanki ze wszystkich grup a nawet pani sprzątaczka.
Tylko czy on to będzie pamiętał i kiedyś doceni na jakimś wirtualnym, nowoczesnym blogu?:)
środa, 04 stycznia 2012
Człowiek brzmi...męsko
-Mamusiu baldzo Cię kocham- zagaja nagle Pimporak
Tego typu wyznania zdarzają mu się z podobną częstotliwością jak te w stylu: Nie lubię Cię! Nie kocham Cię! Jesteś już nieukochana!
Te ostanie stosuje zazwyczaj kiedy nie wszystko się układa po jego pimporakowatej myśli. I niech mnie zabiją nie mam pojęcia jak nauczył się żonglować tak łatwo takimi wyznaniami. Mały manipulant:)
-Ja też bardzo Cię kocham- odpowiadam synowi
-A dlaczego mnie kochasz?-pyta Młody
- A Ty mnie?-pytam trochę po schopenhauerowsku (a przynajmniej tak mi się wydaje)
-Bo jesteś moją mamcią- całkiem logicznie odpowiada moje dziecko
- A Ty moim synkiem -podążam jego torem
-A dlaczego jestem Twoim synkiem?
-Bo Cię urodziłam - odpowiadam zgodnie ze stanem faktycznym
-A Tolesika ? (dla niewtajemniczonych naszego 9 miesięcznego boksera)
Dlaczego Tolesika ulodził piesek?-pyta dalej Pimporak
-Tolesik jest pieskiem i urodziła go Sabla -jego mama, też piesek.-tłumaczę
Młody chwilę duma
- A Ty dlaczego mnie ulodziłas?
-Bo ludzie rodzą ludzi. Ty jesteś człowiekiem i ja też jestem człowiekiem.
Młody patrzy na mnie jak na debila i wykrzykuje:
- Ty nie jesteś pseciez człowiekiem, ty jesteś dziewcynką!
Buuu dlaczego nie urodziłam córki?
środa, 28 grudnia 2011
Szufladki
Walczymy z infekcją ucha-trzecią już w ostatnim półroczu. Czas świętowania upłynął więc pod znakiem nieprzespanych nocy i marudzenia Pimporaka. Dziś trafiliśmy wreszcie do laryngologa. Siedzimy sobie w poczekalni, rysujemy przy małym stoliczku, młody odkrywa frajdę temperowania kredek. Nie przeszkadza mu także robić to samo z pisakami. Czas płynie więc leniwie w oczekiwaniu na naszą kolej. Co chwilę wchodzą nowi pacjenci, wszyscy lekko znieciepliwieni -ot koniec świąt, czas po mału do roboty. Nic fajnego. Nagle stukot obcasików zwraca uwagę wszystkich i nie ma już ani kobiety ani mężczyzny, którzy by nie spojrzeli w tę stronę. Oczom ich ukazał się widok niecodzienny.
Kobieta. Czarna mini, niebotycznie wysokie szpilki, włos rozpuszczony, świeżo ufarbowany na głęboką czerń. Twarz z daleka trzydziestoletnia z bliska pod pięćdziesiątkę, z ustami szczelnie wypełnionymi botoksem. Policzki normalnie pewnie wykazałyby lekkie zwiotczenie mięśni, ale tym razem ich właścicielka powiedziala naturze stanowcze: NIE. W ich miejscach pojawiły sie tzw. (jak to mówi mój kolega) pompony. Podobne ma teraz większość "gwiazd" rodzimych i nie tylko. Usuwają zmarszczki, ale twarz staje się niemal nieruchoma i podobna do setek innych poddanych skalpelowi. Makijaż do tego sylwestrowy, aż prawie spojrzałam na kalendarz zaniepokojona, ale upewniłam się szybko, że jeszcze jest czas do 31 grudnia. Kobieta ta, która przykuła uwagę wszystkich swą groteskową postacią, wyciągniętą niczym z komiksu, nagle zniknęła.
Znowu czas zaczął leniwie płynąć w oczekiwaniu na badanie. Uff, nareszcie nasza kolej. Wchodzimy do gabinetu. I nagle konsternacja. Patrzymy na siebie z Kombajnem i już prawie się wycofujemy, ale Młody śmiało wkracza a my niepewnie za nim. W środku odziana w skąpy biały kitelek czeka na nas Pani Groteska. Jak się okazuje Doktor Groteska. Spod fartucha wyłania się naszym oczom koronkowy gorsecik a z niego mocno opalone piersi, które (widać wyraźnie) były już nie raz ratowane z opresji upływającego czasu.
I dalej muszę przyznać, że to ja powinnam bić się w swoją pierś (dotychczas nieratowaną) za ocenianie zbyt szybko i łatwo ludzi, ponieważ Pani Doktor Groteska okazała się przemiła i bardzo kompetentna, zbadała Młodego fachowo, nawiązując z nim fajny kontakt. Po internetowym "przewertowaniu" wszelkich rankingów lekarzy, dowiedziałam się, że ma bardzo wysokie noty. Głupio tak łatwo szufladkować, co?
Obiecuję, że jak tylko Młodemu się polepszy przemianuję ją na Doktor Profeskę. Taka mała pokuta.O.
czwartek, 17 listopada 2011
Żeby życie miało smaczek....
-A Iwona to Twoja baba?-pyta Pimporak mojego tatę
-Nie, żona-odpowiada zgodnie ze stanem faktycznym mój ojciec
-Jak będziesz duży też będziesz miał pewnie żonę...
-A jaką?-pyta Młody
-No nie wiem, taką jaką wybierzesz i pokochasz - snuje wizję jego dziadek
-Antosia będzie moją żoną!-wypala Młody a po chwili namysłu dodaje:
- A Mikołaj moim chłopcem...
W łikend zapowiadają marsz równości. Może się wybrać z synem?
poniedziałek, 14 listopada 2011
Dwie różne kobiety
W jednym czasie, ale w dwóch różnych miastach, dwóch różnych szpitalach i z dwóch różnych powodów znalazły się dwie ZUPEŁNIE różne kobiety. Moja mama i moja babcia.
-Jak Ci tam?-dzwoni do babci mój tata a jej syn. Pytanie musi powtarzać kilka razy, ponieważ moja babcia cierpi na dość znaczną głuchotę.
-A bardzo dobrze. Tu jest jak na najlepszych wczasach. Śniadanie do łóżka, obiad i kolacja też, panie takie miłe się mną opiekują. Wspaniale.-zachwyca się moja babcia.
-Jak Ci tam mamo?-pytam moją matkę.
-BUUUUUUU-ryczy mi wsłuchawkę
-No jak jest?
-Leżę sobie i ryczę.
-A dlaczego tak ryczysz?
-Buuu... Bo chcę do domuuuu!!!!
Odwiedzam ją z siostrą. Wizyta dobiega końca, mama koniecznie chce nas odprowadzić do drzwi.
-Co już fajeczka kusi, tak?Pozwalają Ci tu palić?
-A co ja ich będę pytać?Jestem wolnym człowiekiem i robię co chcę- odpowiada moja mama czyli kobieta po zawale a następnie pod szpitalem zaciągając się Voguem chowa się jak gimnazjalistka za śmietnikiem w czasie szkolnej przerwy.
Wracam do domu. Pimporak stęskniony za babą dopytuje
-Gdzie jest baba?
- W szpitalu.
-Uderzyła się?-pyta Pimporak
-Nie
-Ma slaczulkę jak ja kiedyś?- wspomina swój pobyt w szpitalu spowodowany rotawirusem
-Nie, ma chore serduszko
-A dlaczego?-zadaje ulubione ostatnio przez siebie pytanie
-Bo paliła za dużo papierosów- mówię
Młody chwilę myśli i w końcu pyta
- Czy baby selce jest przepalone?
wtorek, 25 października 2011
Czas na szachy
Przyznaję, że najczęściej z przedszkola odbiera dziecko mój tata i o dziwo o godz. 15 jest on przeważnie ostatni. Zastanawiam się, czy żyjemy w raju dla bezrobotnych, czy może tylko mój pracodawca "wyzyskuje" mnie aż do godz. 16 czy po prostu większość przedszkolaków ma szczęście do dziadków pod nosem. Nie wiem, ale ilekroć zdarza się, że to ja odbieram dziecko i jest już godz. 16.15 widzę lekki wyrzut w oczach pani przedszkolanki a jednocześnie zadowolenie w oczach Pimporaka typu: Zostałem sam na sali i teraz wszystkie zabawki są tylko moje.
Mój tata odbierając Młodego stara się o nic nie pytać żeby przypadkiem nie usłyszeć komentarza, że Pimporak jest fajny tylko lubi zaczepiać i szturchać Antosię, albo, że jako jedyny wkłada sobie do ust wszystkie kamienie na placu zabaw. Tu (uwaga) mała dygresja: Dziś poszedł nawet dalej i to pod okiem czujnym matki, która usłyszała nagle krzyk swojego dziecka:
-Mamo! Latunku!Mój nos!
Spojrzałam i zdębiałam- moje dziecko włożyło sobie w lewą dziurkę od nosa spory okaz ziela angielskiego. Zapewniam wszystkich, że usunięcie głęboko tkwiącej kulki w nosie trzylatka nie jest proste. Tym bardziej, że na hasło: dmuchaj! mój syn reagował ze stresu odwrotnie wciągając ziele jeszcze bardziej. Końcówka łyżeczki i mój spryt uratowały Pimporaka.
Koniec dygresji.
Mój tata unika pytań typu: Czy dziś był grzeczny mój wnuczek, uważając, że tak naprawdę żadna odpowiedź istotnie nie wpłynie na jego życie a wręcz może zachwiać dobrym nastrojem i miłymi relacjami z wnukiem. Tym razem to jednak pani dyrektor przedszkola sama go zagadała:
-Dziadek to musi chyba zacząć uczyć wnuka grać w szachy!
-?????
-No tak, to taki mądrala, liczy, literki zna i jeszcze tyle wyrazów po angielsku, no to co...czas na szachy! - stwierdziła pani dyrektor.
Mój tata uśmiechnął się z zadowoleniem, w końcu to w jakiejś części jego geny, ale po chwili dotarł do niego jeden mały problem. Nigdy, przenigdy nie grał w szachy.
|