RSS
środa, 16 kwietnia 2014
Wyznanie

Tak się składa, że Kombajn pojechał w delegację i zostałam sama z Pimporakiem w domu. Zmęczeni wróciliśmy z placu zabaw -gdzie Młody z tysiąc razy wgramolił się na osiedlową górkę spuszczając z niej resoraka. Spocony, zziajany sam oznajmił, że chce już iść spać na co ochoczo oczywiście przystałam. Wyjątkowo go wykąpałam- bo to rytuał wieczorny zarezerwowany dla Kombajna- dlatego Młody wycierany przeze mnie ręcznikiem westchnął z żalem, że tęskni za tatą. Hmm może jakaś inna technika wycierania?Ubranego już w piżamkę syna, udobruchałam jakoś i przytuliłam i położyłam do łóżka. Nagle młody już w ciemności oznajmił konspiracyjnym szeptem:

-Bardzo Cię kocham...i nigdy Cię nie zabiję, wiesz?

 

Uff, jest nadzieja.

23:34, mufiaczek1
Link Komentarze (1) »
środa, 27 listopada 2013
List do świętego Mikołaja

Skoro list od świętego został już załatwiony to najwyższy czas na list do św. Mikołaja. Dziś żeby trochę zmotywować młodego do poprawy zachowania zaproponowałam mu właśnie ten coroczny fajny zwyczaj. Tym bardzie, że teraz w przedszkolu przechodzą faze śpiewania kolęd więc Pimporak zdradza zbliżającego się Jezusa z porodzonym synem.

- Co Ty na to żeby napisać list do św. Mikołaja? Może jednak przymknie oko na to, że nie zawsze zachowujesz się tak jak należy i od dwóch tygodni rysujemy same chmury?

- O super pomysł!- zapailił się Młody

Wziął kartkę i zaczął pieczołowicie pisać co by też sobie wymarzył. Obok puzzli 3D Big Bena, peugeota sedana sześcset coś tam (a może i nie?) i mapy Warszawy, nic już na liście nie zostało wpisane,

- No dobra fajna lista (powiedziałam w głowie licząc prezentowy budżet). To teraz się zastanów co trzeba zrobić żeby dostać takie prezenty i napisz to po drugiej stronie kartki.

Młody spojrzał ze zrozumieniem a ja z zadowoleniem odnotowałam, że może jednak jest szansa...Może jednak wizja prezentów przekupi go i sprawi, że  choć kilka słoneczek dorysujemy do czasu świąt...

Młody wykaligrafował pięknie: List do Mikołaja

- Miałeś jeszcze coś napisać na tej kartce...Co trzeba zrobić żeby dostać takie prezenty...

-No wiem, piszę!- wysapał pochylony nad kartką

Patrzę a tam, wypisany  bezpłędny komentarz: Trzeba iść do sklepu i kupić...

-Nie do końca o to mi chodziło tylko o to że trzeba być grzecznym!Bo jak nie to Mikołaj może Tobie przynieść rózgę!

- Wiesz taka rózga to jest fajna ...bo to taki prawie miecz!-wypalił Młody a mi ręcę opadły..,

System klasycznej odwiecznej kary naszych babć nie zadziałał. Rózgi są super!

22:38, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 listopada 2013
List od świętego Mikołaja

Nie wiem czy ktoś oprócz mnie zauważył, że w naszej telewizji po akcji witaj szkoło, pojawiła się akcja-znicz a kiedy tylko cmentarze opustoszały zaczął się czas reniferków i Mikołajków co to wkurzają swoim amerykańskim: HO HO HO!

Młody wyczuwa już zbliżające się święta, mówimy mu co chwilę: Oj jak jeszcze raz powiesz brzydki wyraz to Mikołaj na pewno usłyszy i z prezentów nici!

Młody zastanawia się jak skoro i okna i drzwi zamknięte, stara się to jakoś zrozumieć. Odwieczne szkiełko i oko. W przedszkolu również rozpoczął się czas przygotowań do świąt. W związku z tym, że jestem w tzw. trójce klasowej (sama nie wiem jak to się stało?!?!)obmyślamy prezenty.

Jednym z nich będzie  magiczne pudełko dla całej grupy przedszkolnych Tygrysków.

 W pudełko każdy rodzic ma dorzucić jakieś świąteczne gadżety, które pozwolą później dzieciakom na stworzenie różnych ozdób. Pomysł -choć nie mój, wydał mi się fajny. Żeby nie było, że jestem najmniej zaangażowana z tej trójki zobowiązałam się do napisania listu od świętego Mikołaja do dzieci.

Mam nadzieję, że nie urośnie mi broda a może znowu w niego uwierzę?

LIST OD ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA

Kochane dzieci!


Przed Wami stoi pudełko magiczne
Nie uważacie, że jest śliczne?
Ciekawi Was co  tam schowałem?
Ach! sporo z tym problemów miałem!
Myślałem: Czy aby są grzeczne te Tygryski?
I kiedy opadły już jesienne listki
Zacząłem podglądać Was po kryjomu
nie mówiąc nic a nic nikomu
Nawet Panie mnie nie widziały
choć, że tam byłem pewnie wiedziały
Czasem włosy z siwej brody zgubiłem
kiedyś sznurowadła u Was zostawiłem
A raz nawet Pani Karolina zobaczyła jak wchodzę do komina...
Ale Wam nic nie powiedziała
Tajemnicy dochować umiała!
I kiedy tak na Was patrzyłem
coś ciekawego bardzo odkryłem
że Ta Wasza grupa Tygrysków
jest słodka niczym paczka irysków
I choć czasem któreś na dachu ląduje
i swoim zachowaniem Panie irytuje
to po takiej nauczce che być później grzeczne
I taką poprawę ja chwalę!Koniecznie!
Poza tym widzę jak się razem bawicie
jak kleicie laurki bardzo pracowicie
oglądam później na korytarzu te prace
uśmiecham się pod wąsem a renifer mój skacze
On też by chciał tak ładnie rysować!
Ale przy Waszym talencie to może się schować!
Ciężko mu rysować jego kopytkami
I nie radzi sobie z tymi laurkami
Nie umie wykonać też kartek świątecznych
ale jest kochany i naprawdę grzeczny
To on mnie tu przywiózł do Was z prezentami
I stąd moja prośba- moi kochani
W tym pudełku znajdziecie świąteczne cuda
zróbcie z nich co się tylko uda
żeby to były najpiękniejsze święta
takie o jakich się później pamięta
może nauczycie i reniferka
że razem to nie tylko gra się w berka
ale jak wspólnie upiększa się świat
to on będzie piękny nawet za sto lat!
Teraz otwórzcie razem pudełko magiczne...
Do dzieła dzieci! Niech będzie ślicznie!



Wasz święty Mikołaj




23:40, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 listopada 2013
Jezus już się zbliża

W naszej rodzinie każdy ma odrębny stosunek do religii-można chyba wręcz powiedzieć, że każdy ma swoją lub jego religią jest brak takowej. W każdym razie jedynymi bywalczyniami Kościołów są babcie Pimporaka. Moja mama uczy Młodego-trochę na złość Kombajnowi i trochę w sumie dla jaj (jakkolwiek to nie brzmi) różnych kościelnych pieśni -co mi akurat zwisa i powiewa a Kombajna wyprowadza z równowagi. Ostatnio hitem jest: Pan Jezus już się zbliża...

Młodemu tak się owa piosnka spodobała- nie wiem czy jej skomplikowana linia melodyczna czy wyrafinowane słowa- że z zapamiętaniem ją  piłuje.

- Naprawdę powinnaś swojej matce powiedzieć, że ma nie indoktrynować naszego dziecka! -co jakiś czas słyszę od Kombajna- co nasila się szczególnie wprost proporcjonalnie do nasilenia afer pedofilskich w Kościele.

- Lepiej chyba, że śpiewa o Jezusie niż "W dupie to mam..." - stwierdziłam, i choć kawałek Micromusic uważam za boski to jednak moja dulszczyzna jakoś nie godzi się z tym, żeby Młody śpiewał to w przedszkolu.

Kombajn oczywiście się ze mną nie zgodził i przedstawił naszemu synowi kompromis:

- Możesz śpiewać, że Jezus już się zbliża, ale tylko jak przekraczamy 160 na godzinę!

Tym samym jazda autostradą kojarzy mi się teraz niezmiennie ze zbliżającym się Jezusem, który puka do mych drzwi...

 

Tak się składa, że Młody ma silne poczucie obecności Jezusa, co łatwo zrozumieć-jego dziadkowie mieszkają w polskim Rio de Janeiro. Okno babci sypilani wychodzi prosto na rozpostarte ramiona Jezusa (Kombajn od lat nabijając się ze swojego rodzinnego miasta, namawia ją na wynajem lokalu pielgrzymom). Reasumując- dla Młodego -im bliżej Jezusa tym bliżej dziadków.

Niepodległościowy długi weekend postanowiliśmy spędzić nad Bałtykiem w fajnym hotelu z basenem, po  roku stresów uważam, że nam się należało. Dodam, że był to weekend bezdzietny. Młody choć nad morze nie jechał wiedział, że zostanie u dziadków i nie mógł się doczekać-naprawdę lubi tam jeździć.

- Daleko jeszcze?-pytał mniej więcej z częstotliwością Osła ze Shreka.

- Daleko...- odpowiadaliśmy a on jęczał dalej

- Daleko jeszcze? zapytał w końcu kiedy dzieliło nas już tylko kilkanaśnie kilometrów...

- Już blisko...

-Kłamiecie! Jest daleko, ja już nie mogę się doczekać a jeszcze ani kawałka Jezusa nie widzę!

Uspokoił się dopiero kiedy zobaczył oświetloną postać w złotej koronie dumnie unoszącą się nad miastem.

- Ale on jest z tyłu piękny ten Jezus...- stwierdził Młody uznając, że teraz to już wreszcie jest u dziadków bo Pan Jezus naprawdę się zbliżył...

 

23:00, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 września 2013
Samochody contra dziewczyny

Tak się stało, że ostatni czas mija nam na szpitalnych oddziałach. Na jednym  z nich leży mój ojciec, który chyba pierwszy raz  w życiu jest pacjentem, a już na pewno pierwszy raz jest pacjentem operowanym. Nie jest to zresztą tylko szokiem dla rodziny, ale też dla grona przyjaciół moich rodziców. Pewnie dlatego i oni odwiedzają mojego tatę. Wiadomo -choremu należą się specjalne przywileje -a zwłaszcza szpitalne podarunki. Przyjaciel, zwany od czasów studiów Dziadem, nie zawiódł. Był swieżo wyciskany sok z marchwi a do tego w pakiecie ..."Playboy".

-Już przeczytałem ...-stwierdził z uśmiechem mój ojciec wręczając mojej mamie swój darowany egzemplarz.

Pimporak -co się nie zmieniło, mimo przerwy w zapisach- jest samochodowym maniakiem, namiętnie zbiera wszelkie gazety poświęcone motoryzacji i potrafi godzinami je przeglądać a właściwie czytać bo skończywszy właśnie pięć lat czytanie nie sprawia mu już żadnych problemów.

Każda gazeta , na którą się natyka jest dla niego szansą na odkrycie jakiejś nowej, nieznanej mu "bryki".

Moja mama, co by "przewietrzyć" szpitalną szafkę ojca, zabrała ze szpitala przeczytanego "Playboya". Pimporak zobaczywszy na okładce bodajże Volvo z zainteresowaniem zaczął przeglądać rzeczony numer.

Ze zniecierpliwieniem przekartkował go dość szybko i rzucił w kąt.

- I co? Znalazłeś coś ciekawego?-pytam.

-Nieee, tam są tylko jakieś głupie dziewczyny!

 

Podejrzewam, że czasy kiedy zamiast dziewczyn będzie  w gazetach znajdował  "jakieś głupie samochody" nadejdą szybciej niż myślę...

 

00:45, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lutego 2013
Zmieniacz marzeń

Próbujemy nowej metody ujarzmienia naszego dziecka. To metoda słoneczek a tak całkiem serio to przekupstwa. Jest kartka, kredki i obietnica. Kartkę dzielimy na  pięć pól, nad każdym polem zaznaczamy dzień tygodnia-dla prostszego rachunku rozpisujemy kartkę na dni od poniedziałku do piątku czyli tzw. przedszkolne. Kredki są w pogotowiu każdego dnia. Nieujarzmionemu jeszcze dziecku obiecujemy za każdy "grzecznie" spędzony dzień rysunek uśmiechniętego słoneczka. Suma pięciu uchachanych słoneczek daje nagrodę-niespodziankę. Proste? No niby tak. Przynajmniej w teorii. Pimporak był bardzo podekscytowany nową akcją. Codziennie po przedszkolnym dniu od razu zdawał relację.

-Dziś byłem grzeczny. Narysuj słoneczko!

Faktycznie-byliśmy w szoku bo przez bite pięć dni nie poznawaliśmy własnego dziecka. Codziennie odliczał czas do piątku-kiedy to w osiedlowym sklepiku będzie mógł sobie wybrać wymarzoną zabawkę (oczywiście -jak podkreślaliśmy- w rozsądnej cenie). Minęło pięć dni, na kartce jak w mordę strzelił -uśmiechało się pięć żółtych lekko krzywych słoneczek. Młody uradowany wybrał sobie autko i już planował następny słoneczny tydzień. Niestety czar prysł. Młody w kolejny poniedziałek uderzył kolegę plastikowym (na szczęście!) nożykiem, zepsuł zabawkę i ogólnie nie stosował sie do przedszkolnych zasad.Kiedy w domu oznajmiliśmy mu, że sorry stary, ale tym razem chmurka- wpadł w szał. Szał trwał bez mała 1,5 godziny. Młody ciskał zabawkami, wykrzykiwał, że takich rodziców to już mieć nie chce i tym podobne przyjemnostki.W takich chwilach zaczynasz zastanawiać się czy czas bezdzietny nie miał jednak wielu plusów...

-Posłuchaj, masz jeszcze szansę od jutra zbierać słoneczka. Uda Ci się znowu pięć a w sobotę będzie niespodzianka - próbowaliśmy go przekonywać...

W końcu się uspokoił, potulnie usiadł przy stole, zjadł obiad, który po godzinie przedstawiał się średnio apetycznie- zimne klopsiki, brejowaty ryż i marchewka...

-Pyszny obiadek!- pałaszował ze smakiem Pimporak

-To się nazywa choroba afektywna dwubiegunowa?-zapytał ze strachem w oczach Kombajn

-No coś w ten deseń...-przyznałam

Młody położył sie po pysznym posiłku między nami na kanapie i mówi:

-Ale ta nowa zabawka, którą dostanę to już mi się chyba nie zmieści w mojej skrzyni...Gdzie ja ją położę...

-Nie musisz się tym zamartwiać bo na razie jesteś bardzo daleko od tej zabawki...-hamowałam zapędy syna

- Ale ja sobie tylko tak marzę...

- No to super, fajnie mieć marzenia-przytakujemy

-A ty o czym marzysz?-pyta mój syn

- Ja sobie na przykład marzę, że moja łódka przybiła do brzegu, gdzieś na Karaibach, palmy szeleszczą, ptaki śpiewają a ja nic nie robię tylko wyleguję się na słońcu...-puściłam wodze fantazji...

- No to fajne marzenie!-stwierdził mój syn- A Ty tatusiu o czym marzysz-zapytał szybko Kombajna

- No ja to marzę żeby mieć grzecznego synka -odparował jego ojciec

Młody trochę się skrzywił i mówi:

-Hmm, to nie jest fajne marzenie, muszę je zmienić niestety

-???

 -Ty tatusiu marzysz żebym wyzdrowiał, żeby brzuch mnie już nie bolał i żebym znowu mógł jeść czekoladę. To właśnie jest fajne marzenie!

 

 

 

 

22:38, mufiaczek1
Link Komentarze (2) »
czwartek, 31 stycznia 2013
Chłopczyk bez rączek

Zdecydowanie nadmiar programów informacyjnych może mieć zły wpływ na psychikę dziecka-tak mógły brzmieć jakiś tytuł artykułu na emama, edziecko, erodzice, ewychowanie i ecoś tam. Ale to nie jakiś portal tylko fakt i to z życia - i to nawet mojego-wzięty. Przy Pimporaku staramy się nie oglądać telewizji a zwłaszcza informacyjnej np.tvn24. Za to moi rodzice są fanami i tvn24 i tokfm. Non stop informacje w eterze faszerują im mózgi. Młody spędza tam średnio 30 minut dziennie przy telewizorze. Nie ogląda gapiąc się w ekran a raczej biernie przy okazji chłonie telewizyjną sieczkę. Pewnego dnia nagle zareagoował na spot fundacji TVN. Jeden z bohaterów filmiku jest chłopczykiem bez rączek. Pimporakowi nie mieściło to się w głowie a, że jest dzieckiem wrażliwym zaczął drążyć temat.

- Dlaczego ten chłopiec nie ma rączek?

-Tak się czasem zdarza- zaczęłam, ale widzę , że młodemu już drżą usteczka i zaraz będzie histeria

-To bardzo dziwne...-stwierdził Pimporak i usteczka coraz bardziej zaczęły się wykrzywiać w znanym grymasie

-Zobacz jak on za to pięknie maluje nóżkami! Dzielny i zdolny chłopiec -podjęłam próbę zahamowania nieuchronnego napadu.

Niestety mój syn nie potrafi radzić sobie  z emocjami a wzruszenie maskuje histerią i pewną formą agresji.

- To ja nie lubię tego chłopca!Zniszczę mu wszystkie zabawki!

W końcu jakoś się uspokoił, ale teraz codziennie rano zagaja:

-Wiesz ten chłopiec bez rączek już mnie zaczyna denerwować!

-Dlaczego? Przecież go nawet nie znasz...

-Bo znowu mi się śnił!

Młody nie pozwala włączać już moim rodzinom tvn.

-Nie, lepiej nie włączajcie bo znowu bedzie ten chłopczyk bez rączek...

W końcu jednak po paru dniach mówi do mnie:

- Ja już wiem!

-Co wiesz?-pytam

-Ten chłopczyk bez rączek to po prostu jest jeszcze nie skończony!

Biedny chłopiec z TVN  nawet nie wie, że stał się obsesją pewnego czterolatka...

Nastał dzień, który w końcu nadejść musiał czyli przedszkolny balik. Rodzice kochają te imprezki, które wymagają kreatywności rodem z Adama Słodowego.

Mój syn w tym roku zapragnął być...rycerzem. Ucieszyłam się nawet. Mówię sobie: ha!na allegro za kilkanaście złotych można zbroję  z plastiku nabyć. Ucieszona pokazałam ją młodemu.

Spojrzał na mnie jak na idiotkę.

-No nie! Przecież Rycerz Mike ma niebieską zbroję i niebieski hełm. I taką muszę mieć.

W końcu udało mi się nabyć niebieski hełm i miecz Mika. Zadowolona wręczyłam zdobycz Pimporakowi.

-No wspaniale to prawdziwy hełm Rycerza Mika. To teraz muszę mieć jeszcze tarczę i Galahada!

- YYYY?A co to jest Galahad?

- No jego koń i on też ma niebieski hełm.

Czego się nie robi dla dziecka. Przeryłam internet, nabyłam używaną głowę konia na kiju a zrobienie trzykolorowej tarczy ze smokiem, mieczem, piórkiem i koroną zajęło mi cały sobotni wieczór...Dawno nie rozpierała mnie taka duma...Skromnie mówiąc tarcza wyszła zajebiście. Młody spojrzał wyraził zadowolenie i stwierdził:

-No to teraz tylko rękawice i buciki rycerskie i strój bedzie gotów!

- O nie!Protestuję-więcej elementów rycerza nie będzie!- powiedziałam stanowczo.

Młody pomyślał chwilę, odłożył hełm i Galahada i mówi:

- No dobraaaaa... To możelepiej  przebiorę się za tego chłopczyka bez rączek?

Bez komentarza. Telewizji na pohybel!

 

22:46, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2012
Sport znaczy nic

I co? Po wakcjach, po Toskanii, po Mazurach i innych wypadach, które niestety definitywnie się skończyły.Od sierpnia dziadkowie mogą odpocząć od dość absorbującego wnuka,
który ma do nich na tyle blisko, że uwielbia odwiedzać ich na
rowerku, ale pod jednym warunkiem. Absolutnie pod żadnym pozorem nie
można mu powiedzieć, że jazda na rowerze to sport.

-O nie! Ja nie lubię spoltu! – tak od jakiego czasu brzmi jego
riposta.

A skąd ta niechęć? Przecież od dzieciństwa wszyscy wmawiają nam,
że sport to zdrowie...Ano wszystko przez pierwszą, młodzieńczą
miłość...

Niestety obiekt westchnień mojego syna jest dokładnie w wieku jego matki
czyli trąca gerantofilią. Mogę to przełknąć bo ten obiekt
bardzo lubię, ale po cichu mam nadzieję, że to uczucie mu jednak
minie i zostanie ulokowane w roczniku powyżej 2000.
 H to moja przyjaciółka od lat i jest dość częstym gościem w naszym domu. Synalek za każdym razem ją osacza zadając mnóstwo pytań,
opowiadając różne historyjki, zagłuszając a nawet
głaszcząc. Ot...miłość. Pewnego lipcowego dnia kiedy wybrał się
z Kombajnem na dłuższą wyprawę, zaprosiłam H
do siebie. Przyjechała z wielką sportową torbą, nabuzowana
pozytywną energią.

 - Zaczęłam squacha! - oznajmiła

Nieco zgłupiałam bo byłam na etapie zachwytu salsą.

 -AAA salsa, no też chodzę....

 Nic nie powiedziałam, bo pamiętam dobrze etap jogi, paralotni,
żeglarstwa, windsurfingu, ale… większość przeminęła po jednym
sezonie. Podobnie jak mąż H któremu podziękowała zanim
„stuknęła” im pierwsza rocznica ślubu. I w tym wypadku chyba dobrze, że akurat ten sezon minął. Terapią miał okazać się m.in. kultowy holender wyszperany gdzieś na pchlim targu,
odświeżony odpowiednio żeby czarować.
Holender-dodajmy- na kółkach.

- Jak się jeździ do pracy nowym cudeńkiem?-pytam niedawno

- A na razie stoi na strychu, bo za gorąco...

Na samotne, letnie wieczory H. znalazła niedawno nowy sposób.
Zaczęła nagle gotować. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale
nie w jej przypadku . H od dawna słynie z pustej lodówki,
ale za to z niebywałego GPS-a kiedy szuka dobrej knajpy.

- Wiesz, jak inni stali kiedyś w kolejce u Pana Boga po talenty to ja
dostałam ten jeden ważny dar. W każdym miejscu na świecie znajdę
knajpę, gdzie jest pyszne jedzenie - mówi H. od zawsze.

I tak sobie gadu-gadu z H. i  do domu wparował Kombajn z synalkiem.

-O!Ciocia! Ale masz śmieszne spodnie...

- No bo już wychodzę właśnie- wyjaśniła mu H.

-Nie możesz iść bo zlobisz mi dużą przyklość!

-No muszę iść bo mam squacha...

-A co to jest ta skłosza? - zapytał rozżalony synalek

-Squach. To taki sport.

-To ja nie lubię spoltu! 

-
Eeee, nie mów tak, sport jest fajny. Cioci bardzo pomaga.

-Głupi jest spolt i koniec!- zakomunikował stanowczo Synalek.

H. popędziła na squacha a ja zaczęłam rozżalonemu czterolatkowi
tłumaczyć, że sport to fajna zabawa.

-Pływanie to sport, bieganie to sport, jazda na rowerze to sport...Wszystko to
lubisz przecież...

-To nie jest spolt i koniec! Tylko squach to spolt i ja go już nie lubię
przez ciocię  bo poszła na suacha i zepsuła mi cały dzień...

 

Wieczorem jak zwykle już w łóżeczku analizując sprawę sportu stwierdził:

- Sport to jest nic.

-???

-No bo zelo znaczy nic a zelo dodać zelo lówna się zelo czyli spolt dodać spolt lowna się nic.

 

Co do sportu, który nie jest sportem czuję, że za chwilę czeka mnie męka nauki Pimporaka jazdy na rowerze, ale na dwóch kółkach zamiast czterech. Młody właśnie odkrył, że jego kolega z grupy-Mikołaj już to potrafi. Mikołaj zobaczywszy kumpla na czterech z dumą oznajmił.

-Ty jesteś jeszcze mały bo jeździsz na czterech kółkach a ja już na dwóch!

Pimporak okazał się mistrzem ciętej riposty.

- Ale wiesz te kółka to ja mam tylko dla ozdoby.

23:13, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 maja 2012
Nudny świat grzecznych dzieci

-Chyba masz dużo roboty-bo coś rzadko wrzucasz nowe wpisy słyszę raz po raz. Eeee ...tam od razu dużo roboty po prostu sezon żeglarski się zaczął. Jak co roku postanowiliśmy na tydzień oddać szczęsliwego wnuczka w ramiona szczęśliwych dziadków a sami bujaliśmy się pomiędzy wyspami różnymi. Nasz syn szybko pogodził się z faktem, że nas nie ma i równie szybko postanowił wprowadzić dziadkowi kilka zasad savoir vivru.

-Dziadek, pamiętaj nie można mówić nigdy ja pieldolę, ale ja pielniczę to już można. Nie można mówić kulwa mać, tylko kurza dupa albo kurza melodia.

 

Nie mineło jednak zaledwie kilka dni od powrotu i Pimporak znowu wylądował na dachu w przedszkolu.

- Co znowu przeskrobałeś, hmm?-pytam

- No nie wiem- usłyszałam odpowiedź ostatnio nagminnie wykorzystywaną

- Jak to nie wiesz?Pomyśl...

- No mówiłem brzydkie wylazy....-przypomniał sobie nagle mój syn

- Brzydkie czyli jakie?-dociekam

Po chwili wahania i zastanowienia Pimporak mówi:

-No po plostu wszystko o dupie mówiłem...Wszystko...

Więcej pytań nie miałam.

Przygotowałam sobie natomiast pogadankę o grzecznym zachowaniu, ale taką angażującą dziecko. Wieczorem już na spokojnie rozmawiamy sobie.

-Synku wiesz co to jest złe zachowanie? Wiesz co robią niegrzeczne dzieci?

- No niszczą wszystko, biją, mówią brzydkie wylazy...-wymienia młody

-No i co jeszcze?

-Jeszcze rozwalają zabawki i rozlewają zupę, biegają po sali i budzą dzieci w przedszkolu - rozkręca się coraz bardziej młody

- No dobrze czyli wiesz co to jest niegrzeczne zachowanie. To powiedz teraz  co robią grzeczne dzieci?

Młody myśli intensywnie i długo, ja czekam cierpliwie aż  w końcu słyszę zmartwiony głosik:

- No one nic nie lobią....po plostu nic...

I kto by tam wybierał tę drugą, nudną opcję. Moją pogadankę szlag trafił.


 

22:56, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Niedaleko pada jabłko...itd.

Siedzę sobie na fotelu pod ciepłym kocem i w balkonowych drzwiach dokładnie na przeciwko widzę na wyciągnięcie ręki - kościół. Ładną ma bryłę więc trochę wygląda jak darmowy obrazek z sielsko-świętym widoczkiem. Rzadko tam bywam a można by rzec, że nawet bardzo rzadko. Od czasu kiedy proboszcz chrzcząc naszego syna ewidentnie całą mszę poświęcił tematowi bezbożnych, wolnych związków, które to stanowią podstawę dzisiejszej moralnej degrendolady, żyją bez ślubu a potem bezczelnie przychodzą chrzcić dzieci- odechciało mi się zaglądać do tego przybytku. Nie chcę emanować wrogością w poszanowaniu cudzych przekonań, nie chcę żeby Młody wyrastał w nienawiści do księży, kościołów czy nawet a może przede wszytskim wiary. Sam kiedyś postanowi w którą pójść stronę...

Są jednak takie momenty kiedy czuję, że taka wycieczka do tego "budynku z obrazka" jest dla mnie jakby częścią tradycji, powrotu do dzieciństwa czy czegoś w tym stylu. Pewnie zachowuję się jak większość tzw. katolików wierzących a niepraktykujących czyli bywam tam plus minus dwa razy w roku: na pasterce (lubię bez uciszania Kombajna bezkarnie "wydzierać mordę" usiłując śpiewać kolędy) i na Wielkanoc ze święconką (lubię po prostu ten zabawny zwyczaj). Jak byłam mała  w czasach PRL-U czasami wracając z kościoła, zanim doszłam do domu,  pochłaniałam całą świąteczną kiełbasę i szynkę, które wtedy każde z nas -dzieci lat 80.-widziało z rzadka.

W tym roku postanowiłam zabrać ze sobą Młodego. Zrobiliśmy razem pisanki, przygotowaliśmy święconkę, którą Pimporak szybko ochrzcił "wiaderkiem ze smakołykami" i ruszyliśmy...

Młody wchodząc do kościoła widząc wszystkich zgromadzonych z koszyczkami, wykrzyknął z entuzjazmem:

-Mamo!Patrz! Wszyscy przyszli na piknik!

Troszkę się zmieszałam, bo chyba tylko mnie to rozbawiło. Później ruszyła lawina. Na mównicę wkroczył ksiądz.

- Ja się boję tego ksiądza!- głośno stwierdził Młody

Próbowałam go uciszyć, ale niestety moje dziecko ma wyjątkowo donośny głos i nawet jego szept słychać było niestety bez zarzutu.

-Dlaczego ten ksiądz tak głośno mówi?

-Ma mikrofon i dlatego-tłumaczę. Młody na chwilę ucichł i nagle jego oczy rozbłysły z radością. Spojrzałam w tę samą stronę a zza kolumny wyszedł długowłosy wątpliwej urody ministrant w białej albie.

-Mamo!Patrz!Patrz!I klólowa też przyszła!

Poczułam setki oczu patrzących w naszą stronę...To są te momenty kiedy wolałabym, żeby tylko gaworzył jak kiedyś...

Kościelna wizyta lekko się przedłużała, Młody był już mocno znudzony i co chwilę pytał:

- A kiedy się wleszcie skończą  te zajęcia?No kiedy?

 

Cóż..trudno się dziwić... Ja będąc dzieckiem, kiedy to babcia wzięła mnie ze sobą pierwszy raz do kościoła, zbulwersowana, że tego nie robią rodzice usłyszała na mszy ode mnie:

-Babciu kiedy się ten film skończy?

A że to był czas Bożego Narodzenia mocno też siłowałam się z małym Jezuskiem w żłóbku, próbując koniecznie przewrócić go na drugi boczek, no bo przecież mu niewygodnie...

 Z tym jabłkiem i jabłonią to chyba faktycznie jest jakiś związek...

 

19:03, mufiaczek1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6