Zakładki:
Http://julkanabalkonie.blox.pl/html
|
wtorek, 31 stycznia 2012
Blat Jaś
Tak sie złożyło, że jakiś czas walczyłam z zapaleniem spojówek. Pierwszy raz w życiu dopadło mnie to mega upierdliwe schorzenie. Zaczęło się niewinnym swędzenim oka w -a jakże by inaczej- Sylwestra. Rano, w Nowy Rok obudziłam się jak ten Jurand ze Spychowa ślepa na jedno oko. Wylądowałam w szpitalu na ostrym dyżurze po zachęcającym komentarzu Pani na linii pogotowia kiedy zapytaliśmy czy czasem nie ma natłoku po sylwestrowej nocy:
-Jeszcze za wcześnie, wszyscy śpią, jak się tak koło południa zorientują, że mają pourywane paluchy to się tu zagęści... A teraz spokój, cisza, mogą państwo przyjechać...
No więc przyjechaliśmy i tak właśnie dowiedziałam się, że chwilowa ślepota to wirusowe zapalenie spojówek. Najgorsze w tym wszystkim było to, że przez dwa tygodnie chodziłam bez make-upu i w wyszperanych, starych okularach (miały uchronić przed zarażeniem ludzi z bliskiego otoczenia). Czułam się naprawdę wyjątkowo niekomfortowo, nieatrakcyjnie i ogólnie ble.
Pimporak z wielką uwagą śledził moje poczynania z kropelkami, które co chwilę sobie wlewałam do oka i co jakiś czas pytał czy aby nadal nie możemy się do siebie przytulać. Tłumaczyłam mu, że niestety mam w oku bakterie, które bardzo złośliwie mogą przejść do jego oczka i dlatego musimy ograniczyć tulenie. Kiedy wreszcie uporałam się z zapaleniem spojówek, już umalowana w poczuciu, że juz bardziej przypominam człowieka, odprowadzam swoje dziecko do przedszkolai słyszę:
-Mamciu swędzi mnie oczko!To baktelie!-wykrzykuje nagle synalek
-Pokaż- oglądam pimporakowe oko z przestrachem, w obawie przed powrotem gównianego wirusa, jednak z radością odkrywam rzęsę, która zagnieździła się pod dolną powieką
-To żadne bakterie, to rzęsa wpadła Tobie do oczka-tłumaczę załzawionemu Pimporakowi
-Nie, to baktelie!-upiera się Młody
-Synku, za chwilę już nie będzie Ciebie bolało, bo wyjęłam już rzęsę, która przeszkadzała w oczku...
-Nie to, to baktelie, one psesedły z oczka mojego blata!
-Przeszły a nie przeszedły-poprawiam i coś mi świta
--Zaraz, zaraz, przecież ty nie masz brata-mówię
-Miałem baldzo, baldzo, baldzo dawno temu...-z całą stanowczością twierdzi Pimporak
-Tak? A jak ten Twój brat miał na imię?-pytam chytrze, przekonana, że to go zbije z tropu
-No Jasiu!
-Synku, nie miałeś nigdy brata, ani Jasia ani żadnego innego...-tłumaczę bolejąc nad losem jedynaka
-Miałem dawno temu, baldzo go kochałem...ale on juz poszedł do innego świata...
Trochę oniemiałam po tym wystąpieniu, bo nie wiedziałam, że trzylatki mają taką bujną wyobraźnię. Tylko jakoś tak wieczorem zapytałam na wszelki wypadek Kombajna:
-Kochanie, czy Ty nie chciałbyś mi może o czymś powiedzieć????
piątek, 13 stycznia 2012
Koszmar powrócił
Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej największym koszmarem z lat mojego dzieciństwa były wszelkie baliki przedszkolno -szkolne. W czasach komuny skombinowanie na szybko stroju dla dziecka, które byłoby nie tylko chociaż w miarę oryginalne, ale też i w miarę estetyczne graniczyłoz cudem niemal takim jak zdobycie wafelków Prince Polo. Nie było marketów, wypożyczalni dziecięcych przebrań a przede wszystkim Allegro;). Pozostawało liczyć na własną inwencję twórczą albo wierzyć, że jakiś sąsiad albo kuzynka coś tam litościwie pożyczy. Moja mama nigdy nie przejawiała zdolności manualnych- jej jedyny repertuar w tym zakresie to od zawsze rysowany i doprowadzony do perfekcji kaczorek. Rysuje go do dziś kiedy tylko nadarzy się okazja, czyli jak tylko Pimporak jest z nią sam na sam i nikt inny nie może plastycznie poratować sytuacji.
Mój tata- wręcz przeciwnie skrywa niespełniony talent plastyczny więc zawsze ochoczo rysował, sklejał i kombinował. Z wywiadówek, na które czasem chadzał nie pamiętał nic, ale przynosił gęsto zapełniony zeszycik różnymi wspaniałymi rycerzami, rumakami, samolotami itp. Na moje pytania co też ciekawego mówiła "moja pani" nie potrafił specjalnie odpowiedzieć, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Tak było w szkole podstawowej, gdzie świadectwo z czerwonym paskiem to był jakiś constans w życiu a wywiadówki okazją do pochwał. W szkole średniej podziwiałam już te jego rumaki i nie wypytywałam absolutnie o nic, za każdym razem mając nadzieję, że i tym razem wena mojego taty nie opuści.
Swoje zdolności mój tata wykorzytywał też przy okazji balików. Pamiętam strój wróżki czyli czarną płachtę ozdobioną gwiazdkami z folii aluminiowej a do tego różdżkę zrobioną z kuchennej kopystki... Pamiętam też strój świnki Piggy. Miałam na sobie cudem gdzieś zdobytą maskę a do niej doczepione włosy ze specjalnej gąbki służącej do....ocieplania okien. To co więc było koszmarem dla mojej mamy dla mojego taty stało się raczej polem do popisu.
Nadszedł ten moment, że i Pimporak doczekał się swojego przedszkolnego balu. Okazało sie, że sporo wypożyczalni karnawałowych strojów dziecięcych jest w Poznaniu więc myślałam, że taki balik w dzisiejszych czasach to bułka z masłem. Niestety dość szybko z błędu wyprowadził mnie Pimporak, który oznajamił po prostu:
-Ja chcę być autkiem!
-Kochanie a może pieskiem?-już go widziałam w futerku z jednej z namierzonych wypożyczalni
-No nie!Mówię ci psecież, że chcę być sa-mo-cho-dem!
-A może kotkiem, kowbojem albo piratem?-próbuję dalej już kombinując jak łatwo zrealizować te wizje
-Nie!Autkiem!- Młody niestety nie pozostawiał mi złudzeń.
Mogłabym oczywiście to zlekceważyć co jak sądzę skończyłoby się buntem, mogłabym postarać się wyperswadować synowi ten pomysł, co na pewno by nie wyszło albo...spróbować cudu.
Moje poszukiwania stroju autka spełzły na niczym. Żadne wypożyczalnie, markety ani nawet Allegro (dzięki Julka;) nie oferowały stroju prawdziwego autka. I tak z rozmontowanej znienawidzonej ciężarówki (do kółek), znalezionego kiedyś gdzieś srebrnego znaku Volkswagena, dwóch autek tzw.antystresów zrobionych z gąbki, starych rajstop Młodego, kolorowych samoprzylepnych papierów, tektury i folii wyciętej z pokrowca na pościel zrobiłam przy wsparciu (małym) Kombajna i (większym)mojej siostry strój, który spotkał się z uznaniem mojego syna. Zaprowadziłam dumne dziecko do przedszkola a tam... wszystkie dzieci wystrojone w gotowe łaszki rodem z supermarketów i wypożyczalni. Mój syn wyglądał na ich tle...hmmm trochę jak odmieniec, ale jego zachwyt był...bezcenny:)
Powiem tyle, że po jednym dniu tablice rejestracyjne sie odkleiły, światła z lekka pogniotły a znaczek Volkswagena z lekka odpadł, ale...o przebraniu Pimporaka jeszcze dwa dni później mówiły przedszkolanki ze wszystkich grup a nawet pani sprzątaczka.
Tylko czy on to będzie pamiętał i kiedyś doceni na jakimś wirtualnym, nowoczesnym blogu?:)
środa, 04 stycznia 2012
Człowiek brzmi...męsko
-Mamusiu baldzo Cię kocham- zagaja nagle Pimporak
Tego typu wyznania zdarzają mu się z podobną częstotliwością jak te w stylu: Nie lubię Cię! Nie kocham Cię! Jesteś już nieukochana!
Te ostanie stosuje zazwyczaj kiedy nie wszystko się układa po jego pimporakowatej myśli. I niech mnie zabiją nie mam pojęcia jak nauczył się żonglować tak łatwo takimi wyznaniami. Mały manipulant:)
-Ja też bardzo Cię kocham- odpowiadam synowi
-A dlaczego mnie kochasz?-pyta Młody
- A Ty mnie?-pytam trochę po schopenhauerowsku (a przynajmniej tak mi się wydaje)
-Bo jesteś moją mamcią- całkiem logicznie odpowiada moje dziecko
- A Ty moim synkiem -podążam jego torem
-A dlaczego jestem Twoim synkiem?
-Bo Cię urodziłam - odpowiadam zgodnie ze stanem faktycznym
-A Tolesika ? (dla niewtajemniczonych naszego 9 miesięcznego boksera)
Dlaczego Tolesika ulodził piesek?-pyta dalej Pimporak
-Tolesik jest pieskiem i urodziła go Sabla -jego mama, też piesek.-tłumaczę
Młody chwilę duma
- A Ty dlaczego mnie ulodziłas?
-Bo ludzie rodzą ludzi. Ty jesteś człowiekiem i ja też jestem człowiekiem.
Młody patrzy na mnie jak na debila i wykrzykuje:
- Ty nie jesteś pseciez człowiekiem, ty jesteś dziewcynką!
Buuu dlaczego nie urodziłam córki?
środa, 28 grudnia 2011
Szufladki
Walczymy z infekcją ucha-trzecią już w ostatnim półroczu. Czas świętowania upłynął więc pod znakiem nieprzespanych nocy i marudzenia Pimporaka. Dziś trafiliśmy wreszcie do laryngologa. Siedzimy sobie w poczekalni, rysujemy przy małym stoliczku, młody odkrywa frajdę temperowania kredek. Nie przeszkadza mu także robić to samo z pisakami. Czas płynie więc leniwie w oczekiwaniu na naszą kolej. Co chwilę wchodzą nowi pacjenci, wszyscy lekko znieciepliwieni -ot koniec świąt, czas po mału do roboty. Nic fajnego. Nagle stukot obcasików zwraca uwagę wszystkich i nie ma już ani kobiety ani mężczyzny, którzy by nie spojrzeli w tę stronę. Oczom ich ukazał się widok niecodzienny.
Kobieta. Czarna mini, niebotycznie wysokie szpilki, włos rozpuszczony, świeżo ufarbowany na głęboką czerń. Twarz z daleka trzydziestoletnia z bliska pod pięćdziesiątkę, z ustami szczelnie wypełnionymi botoksem. Policzki normalnie pewnie wykazałyby lekkie zwiotczenie mięśni, ale tym razem ich właścicielka powiedziala naturze stanowcze: NIE. W ich miejscach pojawiły sie tzw. (jak to mówi mój kolega) pompony. Podobne ma teraz większość "gwiazd" rodzimych i nie tylko. Usuwają zmarszczki, ale twarz staje się niemal nieruchoma i podobna do setek innych poddanych skalpelowi. Makijaż do tego sylwestrowy, aż prawie spojrzałam na kalendarz zaniepokojona, ale upewniłam się szybko, że jeszcze jest czas do 31 grudnia. Kobieta ta, która przykuła uwagę wszystkich swą groteskową postacią, wyciągniętą niczym z komiksu, nagle zniknęła.
Znowu czas zaczął leniwie płynąć w oczekiwaniu na badanie. Uff, nareszcie nasza kolej. Wchodzimy do gabinetu. I nagle konsternacja. Patrzymy na siebie z Kombajnem i już prawie się wycofujemy, ale Młody śmiało wkracza a my niepewnie za nim. W środku odziana w skąpy biały kitelek czeka na nas Pani Groteska. Jak się okazuje Doktor Groteska. Spod fartucha wyłania się naszym oczom koronkowy gorsecik a z niego mocno opalone piersi, które (widać wyraźnie) były już nie raz ratowane z opresji upływającego czasu.
I dalej muszę przyznać, że to ja powinnam bić się w swoją pierś (dotychczas nieratowaną) za ocenianie zbyt szybko i łatwo ludzi, ponieważ Pani Doktor Groteska okazała się przemiła i bardzo kompetentna, zbadała Młodego fachowo, nawiązując z nim fajny kontakt. Po internetowym "przewertowaniu" wszelkich rankingów lekarzy, dowiedziałam się, że ma bardzo wysokie noty. Głupio tak łatwo szufladkować, co?
Obiecuję, że jak tylko Młodemu się polepszy przemianuję ją na Doktor Profeskę. Taka mała pokuta.O.
czwartek, 17 listopada 2011
Żeby życie miało smaczek....
-A Iwona to Twoja baba?-pyta Pimporak mojego tatę
-Nie, żona-odpowiada zgodnie ze stanem faktycznym mój ojciec
-Jak będziesz duży też będziesz miał pewnie żonę...
-A jaką?-pyta Młody
-No nie wiem, taką jaką wybierzesz i pokochasz - snuje wizję jego dziadek
-Antosia będzie moją żoną!-wypala Młody a po chwili namysłu dodaje:
- A Mikołaj moim chłopcem...
W łikend zapowiadają marsz równości. Może się wybrać z synem?
poniedziałek, 14 listopada 2011
Dwie różne kobiety
W jednym czasie, ale w dwóch różnych miastach, dwóch różnych szpitalach i z dwóch różnych powodów znalazły się dwie ZUPEŁNIE różne kobiety. Moja mama i moja babcia.
-Jak Ci tam?-dzwoni do babci mój tata a jej syn. Pytanie musi powtarzać kilka razy, ponieważ moja babcia cierpi na dość znaczną głuchotę.
-A bardzo dobrze. Tu jest jak na najlepszych wczasach. Śniadanie do łóżka, obiad i kolacja też, panie takie miłe się mną opiekują. Wspaniale.-zachwyca się moja babcia.
-Jak Ci tam mamo?-pytam moją matkę.
-BUUUUUUU-ryczy mi wsłuchawkę
-No jak jest?
-Leżę sobie i ryczę.
-A dlaczego tak ryczysz?
-Buuu... Bo chcę do domuuuu!!!!
Odwiedzam ją z siostrą. Wizyta dobiega końca, mama koniecznie chce nas odprowadzić do drzwi.
-Co już fajeczka kusi, tak?Pozwalają Ci tu palić?
-A co ja ich będę pytać?Jestem wolnym człowiekiem i robię co chcę- odpowiada moja mama czyli kobieta po zawale a następnie pod szpitalem zaciągając się Voguem chowa się jak gimnazjalistka za śmietnikiem w czasie szkolnej przerwy.
Wracam do domu. Pimporak stęskniony za babą dopytuje
-Gdzie jest baba?
- W szpitalu.
-Uderzyła się?-pyta Pimporak
-Nie
-Ma slaczulkę jak ja kiedyś?- wspomina swój pobyt w szpitalu spowodowany rotawirusem
-Nie, ma chore serduszko
-A dlaczego?-zadaje ulubione ostatnio przez siebie pytanie
-Bo paliła za dużo papierosów- mówię
Młody chwilę myśli i w końcu pyta
- Czy baby selce jest przepalone?
wtorek, 25 października 2011
Czas na szachy
Przyznaję, że najczęściej z przedszkola odbiera dziecko mój tata i o dziwo o godz. 15 jest on przeważnie ostatni. Zastanawiam się, czy żyjemy w raju dla bezrobotnych, czy może tylko mój pracodawca "wyzyskuje" mnie aż do godz. 16 czy po prostu większość przedszkolaków ma szczęście do dziadków pod nosem. Nie wiem, ale ilekroć zdarza się, że to ja odbieram dziecko i jest już godz. 16.15 widzę lekki wyrzut w oczach pani przedszkolanki a jednocześnie zadowolenie w oczach Pimporaka typu: Zostałem sam na sali i teraz wszystkie zabawki są tylko moje.
Mój tata odbierając Młodego stara się o nic nie pytać żeby przypadkiem nie usłyszeć komentarza, że Pimporak jest fajny tylko lubi zaczepiać i szturchać Antosię, albo, że jako jedyny wkłada sobie do ust wszystkie kamienie na placu zabaw. Tu (uwaga) mała dygresja: Dziś poszedł nawet dalej i to pod okiem czujnym matki, która usłyszała nagle krzyk swojego dziecka:
-Mamo! Latunku!Mój nos!
Spojrzałam i zdębiałam- moje dziecko włożyło sobie w lewą dziurkę od nosa spory okaz ziela angielskiego. Zapewniam wszystkich, że usunięcie głęboko tkwiącej kulki w nosie trzylatka nie jest proste. Tym bardziej, że na hasło: dmuchaj! mój syn reagował ze stresu odwrotnie wciągając ziele jeszcze bardziej. Końcówka łyżeczki i mój spryt uratowały Pimporaka.
Koniec dygresji.
Mój tata unika pytań typu: Czy dziś był grzeczny mój wnuczek, uważając, że tak naprawdę żadna odpowiedź istotnie nie wpłynie na jego życie a wręcz może zachwiać dobrym nastrojem i miłymi relacjami z wnukiem. Tym razem to jednak pani dyrektor przedszkola sama go zagadała:
-Dziadek to musi chyba zacząć uczyć wnuka grać w szachy!
-?????
-No tak, to taki mądrala, liczy, literki zna i jeszcze tyle wyrazów po angielsku, no to co...czas na szachy! - stwierdziła pani dyrektor.
Mój tata uśmiechnął się z zadowoleniem, w końcu to w jakiejś części jego geny, ale po chwili dotarł do niego jeden mały problem. Nigdy, przenigdy nie grał w szachy.
piątek, 07 października 2011
Efekt wkrętki
-MAMOOOOOOO...-zagaduje mój trzylateka ja nadstawiam ucho
-Słuchaaaaaam? -naśladuję przeciąganie samogłosek Pimporaka
-A kto jest moim tatusiem?-zabija mnie znienacka pytaniem moje dziecko
-No jak to kto? Przecież wiesz...no tata...ten tu tata-wskazuję na Kombajna, który jakoś tak podejrzliwie na mnie spoziera...
-Achaaa, bo jak byliśmy na placu zabaw to wujek Piotl mówił, że on jest moim tatą...
-?????
-Wujek sie pomyyyylił- wytłumaczył sobie szybko Pimporak a ja w duchu dusiłam się ze śmiechu i jednocześnie dusiłam Pitera za wkręcanie mojego dziecka i nas przy okazji.A gdyby Komabjn okazał się nagle podejrzliwym skrytobójcą i jeszcze tego samego dnia pociachał mnie i zamroził a w nagłówkach gazet można by przeczytać na drugi dzień, że z nieznanych powodów Konkubent zabił Konkubinę...
Notabene urodziny na zamkniętym placu zabaw z bandą dzieci (od roku do lat trzech) udały się chyba zacnie. Dzieci szalały, rodzice popijali to i owo a mój syn z wielkim zachwytem otwierał urodzinowe pakunki mówiąc:
-O ja pieeeeeeeeeeeeeeeeeeldoleeeeeeeeeeeeee ile samochodów.....
Słowa te ku uciesze gości starszych zostały wypowiedziane ze szczególną intonacją i miną pełną skupienia. Nagranie podobno jest. Będzie dla potomnych.
sobota, 17 września 2011
Era przedszkolaczka
I jakoś tak się porobiło, że jakoś tak myk, myk i mamy w domu przedszkolaczka. Bardziej zadziwiające jest to, że ten przedszkolaczek ma już 3 lata. Jak to zleciało? Przecież jeszcze przed chwilą byłam w ciąży, jeszcze przed chwilą narzekałam na poród i stan, który przyjął obrzydliwie brzmiącą nazwę połogu. Zresztą co tu dużo mówić dla mnie ten czas też kojarzy się średnio. I oto nagle, moje dziecko z zawiniętej w becik prawie roślinki stało się świadomym, małym człowiekiem, który już po mału wie czego chce, choć nie zawsze radzi sobie z emocjami. Od jakiegoś czasu go przyzwyczajaliśmy, że kończy się era żłobeczka i zacznie przedszkolaka. Obydowoje z Kombajnem jesteśmy przekonani, że żłobkowe ciocie w ostatni dzień pobytu Pimporaka, otworzyły z radością szampana i pomyślały zapewne, że skończył się ich ciężki żywot licząc na to, że gorszy egzemplarz im się nie trafi.
Młody oczywiście przez pierwszy tydzień protestował kiedy go zostawiałam w wielkim, nowym gmachu, z nowymi dziećmi i całkiem nowymi paniami.
-Fajnie jest w przedszkolu?-pytałam codziennie
-Nieeee- słyszałam przez pierwsze dni
-Dlaczego?
-Bo tam som niefajne panie i niefajne dzieci - odpowiadał szybko mój synalek
Panie wydały mi się całkiem miłe a i dzieci chyba ok więc jasne było, że ocena sytuacji wynika ewidentnie ze stresu. Przecież dla takiego małego dziecka to musi być mega rewolucja życiowa, chyba gorsza niż zmiana pracy dla mnie. Ja chociaż szukam racjonalnych pobudek a on biedaczek, musi iść tam gdzie go zaprowadzą.
Zaczęliśmy się marwtić bo przez pierwsze dni codziennie odbieraliśmy go w hmmm...piżamce.
-Co się stało?Dlaczego masz piżamkę?
-Wsysko zasikałem-odpowiadał niezmiennie Młody
Panie potakiwały ze smutnymi minami zapewne przeklinając, że nie zakładam moczącemu się dziecku pieluchy.
Problem polega na tym, że Pimporak od dawna już nie nosi pieluch bo nie było takiej potrzeby. Sikał na zawołanie do nocnika. I właśnie nocnik okazał się hasłem kluczem. I nawet sama na to wpadłam.
-Synku do czego sikają dzieci w przedszkolu?
-Do sedesików-odpowiedział ze smutną minką
-A ty lubisz sikać na sedesiku?
-Nieee, ja chce nocnicek bo ja chce być znowu maluchem!-zszokował mnie odpowiedzią mój syn
I wtedy zrozumiałam, że dorosłość przedszkolna mogła go zwyczajnie przerosnąć i zrobiło mi się bardzo żal tego małego ludzika, który właśnie się zderzył ze smutną prawdą, że wszystko w życiu mija...
Czas pożegnać nocniczek...
Tego samego dnia Kombajn schował domowy nocnik i nabyliśmy specjalną deskę, którą Młody sam sobie wybrał w Leroy Merlin. Oczywiście z Zygzakiem McQuinem. Po początkowych protestach przekonał sie do tego patentu i od tej pory problem z obsikanymi rzeczami w przedszkolu zniknął. Pojawił się za to problem z naklejkami na bluzeczkach, które codziennie z dumą prezentuje na swej przedszkolnej piersi.
-Skąd masz takie fajne naklejki?-spytałam przeklinając w duchu chiński klej, którego nawet pralka nie zabija w 60stopniach.
-Bo sikałem do sedesika i powiedziałem Pani Kalolinie ze chce naglode!
Mały spryciarz szybko wykorzystał "dorosłość" a ja mam nadzieję, że zapas naklejek Pani Karolinie szybko się skończy.
czwartek, 11 sierpnia 2011
A jak jutro już mam wolne to co?
Proza ala harlequin, wątek krymianlny szyty tandetnie- czyli już wiem dlaczego od dawna unikałam półki Kombajna z serią Cooka. Ja rozumiem, że pobyt w szpitalu mógł go kiedyś nastrajać do czytania takich medycznych niby kryminałów, ale ja mówię pas. To znaczy nie kryminałom medycznym, ale Cookowi;] więc robię sobie właśnie czytelniczą przerwę. Mam niestety tę głupią przypadłość, że nawet jak czytam mega gównianą książkę, o której wiem, że taka jest po kilku pierwszych stronach-muszę ją dokończyć i nic na to nie poradzę:(.
Muszę teraz dla odmiany jakąś dobrą zabrać na urlop. Przede mną kilka dni wolnego-aż się chce krzyknąć niczym obecny celebryta a były premier: yes!yes!yes!
Jedziemy do SPA-tralala z naszą latoroślą. Na wszelki wypadek wzięliśmy hotel z basenem-jak widać za oknem-to może być jedyna szansa na popływanie w tym roku.
-Jaką tlasą pojedziemy do Spa?- pytania Młodego o trasy stają się codziennym rytuałem. Pimporak ma już opracowane mapy spacerowe w naszej dzielnicy - dokładnie wie gdzie jest jaka ulica. Jazda samochodem staje się dość męcząca bo co chwilę słyszę pytanie: a jaka to ulica?
Jak tak dalej pójdzie, topografię miasta będę miała w jednym palcu. Młody zaczął lubować się także w pytaniu typu :a jak tak, to co?
-Idziemy do żłobeczka-mówię rano do Pimporaka
-Ja nie uwielbiam chodzić do żłobecka!-protestuje Młody
-Ale tata idzie do pracy, mama idzie do pracy, nie możesz być sam...
-a jak mama nie pojdzie do placy to co?
-To nie będzie pieniędzy na chlebek- mówię i myślę, że właściwie być może moje niechodzenie aż tak wiele by nie zmieniło...
-a jak nie będzie pieniędzy na chlebek to co?
-to będziemy bardzo głodni
-a jak będziemy baldzo głodni to co?-nie ustaje w dociekaniach mój syn a zegarek poranny jest nieubłagany...
-To będziemy smutni i chorzy
-a jak będziemy smutni i chorzy to co?
-To karetki nas zawiozą do szpitala-mówię i myślę, że nieubezpieczonych bezrobotnych chyba jednak nie zabiorą tak chętnie
-a jak pojedziemy do szpitala to co?
-to dostaniemy niedobre jedzenie
-a jak dostaniemy niedoble jedzenie to co?
-to znowu będziemy smutni...-z lekkim zniecierpliwieniem odpowiadam synowi
-Ja chcę iść z mamą do placy!-wykrzykuje na to nieoczekiwanie moje dziecko
-A co tam będziesz robił?
-No placował!
-A jak będziesz pracował?- role się odwracają i tym razem to ja pytam
-No tak!-mój syn stojąc na baczność wyciąga rączki przed siebie w arystokratycznym "zwiędnięciu" jakby suszył paznokcie a Kombajn na to:
-Widzisz już nawet Twój syn Cię rozszyfrował, że w pracy się zwyczajnie opierdalasz!
EEEch żeby to była prawda...ale nie...Za to jutro łikend:)Dłuuuuugi łikend i niech NIKT nie próbuje mnie zatrzymać:)OD-PO-CZY-WAM!
|